poniedziałek , 8 marca 2021
Home / Blisko nas / Wywiady / O teatrze, sztuce i życiu

O teatrze, sztuce i życiu

Wywiad “rzeka” z aktorami, którzy przyjechali do Zamościa, dzięki kolejnej już edycji Zamojskiego Lata Teatralnego.29 czerwca br. na na Rynku Solnym, Monika Pakuła, Jarosław Boberek, Tomasz Karolak i Antoni Pawlicki, zagrali sztukę “Eling” na podstawie scenariusza Axela Hellsteniusa. Przy okazji opowiedzieli nam jak to jest w sztuce, życiu i teatrze.

– Macie przed występem tremę?

Monika Pikuła: Nie.

Antoni Pawlicki: Ja mam tremę, bo gram w zastępstwie (za Tomasza Kota – red.)

Tomasz Karolak: Raczej jesteśmy ciekawi, jak nam wyjdzie w takiej przestrzeni, ponieważ zazwyczaj gramy ten spektakl w zamkniętej sali i teraz nie wiemy, jak to będzie i jest to takie doświadczenie niesprawdzalne.

– Tutaj nie ma takiego klimatu jak w teatrze. Trudniej jest grać w plenerze?

Jarosław Boberek: Teatr, nawet jako sam budynek, ma wytwarzać pewną atmosferę, za pomocą świateł, ustawienia scenografii i publiczności. Tutaj mamy takie „polowe warunki” i otwartą przestrzeń, ale…

T.K. Sami się na to zgodziliśmy.

J.B. Jesteśmy bardzo ciekawi, co z tego wyjdzie. Byłoby cudownie, gdybyście mieli w Zamościu stacjonarny teatr, w którym się odbywają premiery, gdzie wraz z zapadnięciem zmroku, publiczność – lepiej lub gorzej ubrana – ma poczucie uczestniczenia w czymś wyjątkowym, gdzie ma bezpośredni kontakt ze sztuką. Nie tylko za pośrednictwem kina – to są zupełnie nieporównywalne media. Więc fajnie by było, gdyby Zamość miał taki teatr. Chwała panu Machulskiemu, że macie Lato Teatralne.

T.K. Jest to tak piękne miasto, miasto, którego historia jest mało znana w Polsce. Ale wszyscy wiedzą, że zamojska Starówka jest zabytkiem klasy „0”, że aż się prosi, aby było to miejsce do tego typu festiwali teatralnych i filmowych. Myślę, że stacjonarny teatr jest pewną utopią, natomiast – jak najwięcej festiwali.

Wspomnieliście Państwo o Janie Machulskim. Czy macie Państwo swoje prywatne wspomnienia, mieliście okazję poznać mistrza lub pracować pod jego okiem?

J.B. Miałem sposobność spotkać go w pracy i spotkać go w życiu. Wszyscy, który uprawiają ten zawód, od kilku lat chyba mieli tę możliwość, aby się z nim zetknąć.

A.P. Ja również miałem sposobność zetknąć się z nim w ostatnim filmie, w jakim zagrał główną rolę – w „Ostatniej akcji”. Ja grałem tam małą rólkę, jednak było to dla mnie ogromne przeżycie spotkać się z nim. Cieszę się, że mogłem…

T.K. Z Janem Machulskim miałem spotkania wyłącznie prywatne, to znaczy nie pracowaliśmy razem, natomiast był on na kilku przedstawieniach teatralnych, w których brałem udział. Potem rozmawialiśmy, głównie właśnie o tych przedstawieniach, które powstawały w Teatrze w Łodzi. Pierwszy raz spotkałem pana Machulskiego na początku lat 90., kiedy to wspólnie z żoną prowadził ognisko teatralne przy Teatrze Ochota. To było takie miejsce, które wychowało wielu aktorów. Państwo Machulscy wszczepiali w ludzi miłość do teatru.

Proszę opowiedzieć o sztuce „Elling”, którą przyjechali Państwo zaprezentować.

J.B. Sztuka opowiada o dwóch mężczyznach, którzy po wyjściu z zakładu psychiatrycznego biorą udział w programie „Powrót”, mającym przywrócić ich społeczeństwu. I od tego, jak im te pierwsze tygodnie w tej tak zwanej „normalności” wypadną, zależą ich losy. Albo zostaną w tym społeczeństwie, albo wrócą do zakładu. Pomóc ma im w tym Frank, który jest ich opiekunem, mentorem, osoba pomocną w tym „wchodzeniu w normalność”. Po drodze spotykają jeszcze kobietę, pojawia się wątek miłosny. Nie będziemy zdradzać wszystkich szczegółów – zapraszamy do oglądania spektaklu. Jest to spektakl o potrzebie miłości, o wrażliwości. O tym, co my, tak zwani reprezentanci „normalnego” społeczeństwa już zatraciliśmy. Bohaterowie są obdarci ze sztuczności. Nie używają na co dzień, tak jak my, masek. Są autentyczni, wrażliwi, impulsywni.

A jak wygląda Wasza współpraca na planie?

T.K. Gramy to przedstawienie już od jakiegoś czasu i bardzo nas ono do siebie zbliżyło.

J.B. Gdybyśmy nie lubili ze sobą pracować, już byśmy tego nie robili.

T.K. Debiutujący w roli Franka Antek Pawlicki wszedł w rodzinę (w zastępstwie Tomasza Kota – red.), został do tej rodziny przygarnięty i chyba jest mu tutaj fajnie.

A.P. Rzeczywiście jest mi tutaj bardzo fajnie. Duet Karolak – Boberek jest duetem niezwykłym, bujnym, ciekawym, mieniącym się różnymi kolorami.

– Porozmawiajmy teraz o pracy aktora. (Do Tomasza Karolaka i Jarosława Boberka) – Jesteście znani głównie z ról komediowych…

T.K. Aktor jest mimo wszystko człowiekiem do wynajęcia. Jeżeli Polacy lubią oglądać komedie, to my gramy w komediach. Jednak nie znaczy to, że nie gramy w innych rzeczach. Mnie się osobiście bardzo podoba to, że gramy z Boberem w telewizji w serialach komediowych, ale to nie są przecież takie seriale „bardzo mocno” komediowe. Gramy normalnie, natomiast konteksty używane w tych filmach są komediowe. Nie-komediowe rzeczy gramy natomiast w teatrze – jest taki płodozmian i jest fajnie.

A jaką rolę zagrać trudniej: zabawną czy tragiczną?

J.B. Ogólnie aktorstwo nie jest łatwe. Jeżeli czegokolwiek się podejmuję, to wiem o tym, że będzie to krew, pot i łzy, gdyż tylko wtedy może powstać coś sensownego, jeżeli się angażujemy w to w 100 %. Jeżeli tak nie jest, lepiej się tego nie podejmować. Każde nowe wyzwanie jest czymś trudnym, czymś nowym, coś nowego nam otwiera, czegoś nowego nas uczy. Jak każda inna praca – jeśli wykonujemy ją z oddaniem i miłością, to ona, owszem, kosztuje. Uciążliwością może być na przykład charakteryzacja…

M.P. Ale taka charakteryzacja jest na tyle sugestywna, że pomaga w graniu…

J.B. Dokładnie – to też czemuś służy.

T.K. Zdecydowanie trudniej jest zagrać dobrą rolę w teatrze niż w filmie czy w serialu. Skala trudności jest niebywała. Film jest nie tylko sztuką aktorską, ale też sztuką montażu i filmowania. Teatr jest taki, że wychodzisz przed ludzi i albo ich zainteresujesz, albo nie. Spotkanie z widzem jest bardzo ważne i to działa na aktora. Utrwalając swój wizerunek na taśmie filmowej, ludzie mogą sobie gadać przed telewizorami, co chcą, ja tego nie słyszę. Jeśli jestem w bezpośrednim kontakcie z widzem, jeśli ludziom się nie podoba, to ja to czuję i to mnie zmienia, staram się grać inaczej. Trzeba być na to przygotowanym i wkalkulować w rolę, którą się gra.

J.B. Jeśli widzowie dobrze przyjmują naszą pracę, to dostajemy takiego „turbodoładowania”, dzięki odbiorcom.

 

Co jest cenniejsze w takim razie – teatr czy telewizja?

J.B. Teatr jest niepowtarzalnym i szczególnym medium. W teatrze człowiek uczy się warsztatu, cierpliwości, dyscypliny. W filmie można dużo więcej oszukać i dużo więcej ukryć. Nie trzeba być mistrzem walk kung-fu, żeby zagrać w takim właśnie filmie. W teatrze nie da się niczego oszukać.

T.K. W Polsce jest tak, że albo spotykam znakomitych aktorów teatralnych, którzy mają kompleks, że są nieznani, albo spotykam aktorów, który grają bardzo dużo – i w filmach, i w telewizji, ale pragną jak wody dobrej roli teatralnej. My chyba jesteśmy szczęściarzami, że gramy w teatrze, filmie i serialu.

J.B. Najpewniej żadne z nas nie chciałoby zrezygnować z teatru.

T.K. I to jest chyba najlepszy układ, że gra się i w teatrze, i w filmach fabularnych. Mamy wtedy możliwość, aby potrenować warsztat telewizyjny. Zawsze to powtarzam – w każdej formie można zrobić ważną rzecz: w sitcomie, serialu, filmie i teatrze.

J.B. Błędem byłoby myślenie, że aktorstwo zapewnia życie ponad stan, jest to tylko wąska, wybrana grupa ludzi, którzy rzucają pieniędzmi ponad stan. To, co zarabiamy pozwala nam godziwie żyć, jednak chciałbym, aby widzowie sobie uświadomili, nad jaką przepaścią my żyjemy. Nasze jutro jest niepewne i wątpliwe. Może zdarzyć się milion sytuacji, które uniemożliwią nam wykonywanie tego zawodu.

M.P. Możesz nie dostać propozycji, chociażby.

J.B. Tak, albo na przykład kobiety rodzą dzieci i bardzo trudno jest im wrócić do pracy. Znam koleżanki, które przez kilka lat były w ciąży, mimo iż ich dziecko opuszczało już przedszkole. Aktorstwo ma swoje blaski i cienie. Nasze sylwetki, które ludzie znają z ekranu często są mocno mitologizowane i ja to też rozumiem.

– Czy często jesteście myleni z postaciami, które gracie?

T.K. Ludzie podchodzą i mówią do mnie „39,5”, oczywiście ja się nie nazywam 39,5, ale wiem, co oni mają na myśli. To jest wszystko medialna wydmuszka, takie gadanie o nieznośności popularności. Owszem, zdarzają się czasem takie sytuacje, np. byłem ostatnio na zdjęciach w Zielonej Górze. Tego dnia zrobiłem sobie 240 zdjęć i dałem 360 autografów – i ręka mi odpadła i od fleszów w oczach mi się mieniło, ale co ja miałem zrobić – nie było to dla mnie problemem. Następnego dnia ludzie już nie prosili o autografy, tylko zapraszali do domów: na obiad, na wódkę itd. To wszystko jest do ogarnięcia. Owszem, zdarzają się chamskie zaczepki, jednak generalnie ludzie mają wyczucie i wiedzą, że jak ktoś je w restauracji, to się nie przeszkadza.

J.B. Zdarza się, że ludziom rzeczywistość miesza z fikcją. Ja już się przyzwyczaiłem, że mówią do mnie „panie posterunkowy”, nie jestem w stanie zliczyć, ile razy pytano mnie, gdzie jest mój mundur. Akurat to chyba ludziom przychodzi do głowy, jak mnie widzą.

T.K. Ale ogólnie to mamy dobre samopoczucie z tego powodu, ponieważ jeśli ludzie lubią postacie, które gramy, to potem widzowie zaczynają przyjeżdżać na nasze spektakle do teatru. Często teatr jest dla nich novum, jednak przyszli do niego i to już dla nas coś.

 

– Gdyby nie aktorstwo to…

T.K. Policja.

M.P. Lekarz.

J.B. Ja miałem być architektem, w ostatnim momencie zostałem aktorem.

A.P. A ja bym został politykiem. Tak właściwie to prezydentem bym został.

– A wasza najgorsza wpadka sceniczna…

J.B. Oj, było tego trochę.

T.K. Zapomniałem o występie, byłem na koncercie. Jarek do mnie zadzwonił, mówiąc: „Słuchaj, właśnie wchodzimy na scenę, gdzie ty jesteś?”. A ja byłem 40 kilometrów od teatru na koncercie death-metalowego zespołu i świetnie się bawiłem. To była taka wpadka sceniczna, która nie była w ogóle na scenie.

M.P. W ostatniej scenie „Ellinga” gra dziecko, to znaczy lalka, która jest na baterie. Kiedyś ta lalka się włączyła – ja ją trzymam, a ona gada. Nie byłam w stanie jej wyłączyć, bo nie miałam pojęcia, jak to się robi. Wszyscy się wtedy śmiali.

J.B. Ja grałem kiedyś w przedstawieniu Herr Führera SS i w bardzo poważnej scenie, nie wiedzieć czemu, publiczność rechotała. Gdy ja coś powiedziałem, to publiczność w coraz większy śmiech. Dopiero potem zorientowałem się, że tak zwana „koalicyjka”, którą miałem na czapce, wyszła ze szlufki i tak mi się majtała na czapce. Przy każdym ruchu i przy każdym geście ta sprężynka sobie latała.

M.P. Bardzo lubię twoją opowieść o „Makbecie”.

Grałem kiedyś w „Makbecie” Malcolma. Jak już wojsko wybierało się do lasu ciąć gałązki,  stoję centralnie, wojsko i rycerstwo wokół mnie i mówię „Niech każdy żołnierz, żołnierz żetnie, zetnie…” Zostałem sam na scenie…

A.P. Moja najgorsza wpadka, niestety, wprowadziła w maliny moją partnerkę. Grałem kiedyś Romea w spektaklu „Romeo i Julia”. Tam w końcowej scenie wchodzę do grobowca, gdzie leży uśpiona Julia, ja myśląc, że ona nie żyje, wypijam truciznę i padam. Wtedy Julia się budzi, bierze przypięty do mojego pasa sztylet i przebija się tym sztyletem. Na pewnym spektaklu zapomniałem wziąć sztyletu…

T.K. I co biedna, udusiła się? (śmiech)

A.P. Po chwili konsternacji wzięła truciznę i się nią otruła.

– Na zakończenie naszego spotkania chciałabym zapytać co, Waszym zdaniem, jest najważniejsze w życiu?

J.B. Szczęście, takie szczęście osobiste, wynikające z miłości i ludzi, który są dla nas ważni. Lojalność, prawda – aby przede wszystkim siebie nie oszukiwać, żeby iść przez to życie godnie i nie wyrządzać nikomu krzywdy. Aby móc spokojnie patrzeć na swoje odbicie w lustrze.

A.P. Moim zdaniem najważniejsza jest miłość. Miałem okazję poznać aktorów dawnych lat, sławy z lat przedwojennych, które były kiedyś wielkimi gwiazdami. Oni całe życie poświęcili na pracę w filmie i teatrze i chyba zapomnieli o rodzinie. Teraz są sami w domu aktora. To było dla mnie mocne doświadczenie, dające mi do myślenia. Miłość i rodzina to jest strasznie ważna rzecz.

T.K. Ja uważam, że najważniejsze jest zdrowie.

M.P. Ja się zgadzam z Antkiem. Ale są też życzenia „Szczęścia, zdrowia, pomyślności”. Mam wrażenie, że to jest taka esencja. Jeśli ma się to zdrowie, szczęście i pomyślność, to cała reszta wychodzi.

– W takim razie życzę Wam zdrowia, szczęścia i pomyślności. Dziękuję za rozmowę.

Sprawdź również

karen-thompson-walker

Wywiad z Karen Thompson Walker

Rozmowa Karen Thompson Walker z jej wydawcą, Kate Mediną. KATE MEDINA: „Spowolnienie”, które przedstawiłaś, zagraża …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub odczyt wg ustawień przeglą…darki. Więcej informacji.

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close